Letni dzień na Fehmarn często zaczyna się niepozornie – i dokładnie tak się kończy: swego rodzaju cichą precyzją.
Byliśmy przez tydzień na wyspie, podróżując między plażą, wiatrem i tym osobliwym spokojem, który przynosi Morze Bałtyckie. Ale port pozostał w pamięci. Jednodniowa wycieczka tam właściwie wystarczy. A jednocześnie dopiero po godzinach rozumie się, dlaczego nie odchodzi się od razu.
Powietrze było ciepłe, jak na wybrzeże prawie ciężkie. Woda spokojna, ledwo się poruszała, tylko te długie, równe linie, które ciągnęły się za promami. Co pół godziny przybywały z Danii, cumowały, wyładowywały ludzi, samochody, oczekiwania – i znikały znowu.
Fehmarn jako miejsce często działa dokładnie tak samo: nie głośno, nie spektakularnie, ale z dziwną konsekwencją w swojej powtarzalności. Można by pomyśleć, że to nudne. Ale tak nie było.